Wydawnictwo

 

 

  Dawniej:

 
Powrót na stronę główną  
Powrót na stronę główną
Powrót na stronę główn‘

   Opracowanie graficzne
   i rysunki: Z. Karaszewski

Jan Kieniewicz

KILKA SŁÓW WYJAŚNIENIA


         Nieczęsto się zdarza, by Ojciec zaskakiwał najbliższych w kilkanaście lat po śmierci. Tym bardziej że chodzi o odkrycie rzeczy nieskrywanej, a tylko zmilczanej, czegoś nieoczekiwanego, choć może logicznego. Ojciec zostawił nam powieść, nie tekst pisany na marginesie twórczości naukowej, ale rzecz młodzieńczą. Takie próby trafiają zwykle do kosza, jako pozbawione wartości, lub giną w nieustannych katastrofach siedlisk ludzkich.

         Stefan Kieniewicz urodził się 100 lat temu w Dereszewiczach 25 września 1907 roku.[1] Dawno temu nad Prypecią. Był wielkim historykiem, ale także zwyczajnie dobrym synem, mężem i ojcem.[2] Można go uznać także za wybitnego epistolografa, jednego z ostatnich w drugiej połowie XX wieku. Mówiąc i pisząc o sobie, podkreślał, że wszystko w Jego życiu stało się nieco przypadkiem i skłaniał się raczej do podkreślania swej życiowej nieporadności. O wszystkim, co się Go tyczyło, mówił i pisał z pewną rezerwą właściwą ludziom nieśmiałym, a czującym swą wewnętrzną wartość. Wybitny badacz dziejów Polski XIX wieku wypracował też własny styl w pisaniu[3]. O roli formy wypowiedzi literackiej był głęboko przekonany i stale pracował nad jej doskonaleniem. Dla nas, dzieci, był zawsze autorytetem w zakresie pisania po polsku. Cenił jasność i zwięzłość wypowiedzi, nie lubił rozgadania. Nie myśleliśmy jednak o Nim jako o pisarzu.

         Z natury i z przekonania Ojciec preferował pisanie zwięzłe i stroniące od emocji. Nie znaczy to jednak, by ich nie doznawał. Czytał i deklamował w sposób wyrazisty, nawet efektownie. Lektura Jego książki Dereszewicze 1863 może sprawiać wrażenie dystansu czy oschłości w ujmowaniu spraw dotyczących rodziny. Jednak nic bardziej mylnego. W liście pisanym do Matki z Warszawy 31 stycznia 1943 roku czytam: „Wczoraj miałem dyżur nocny i wie Mama jaką sobie z wieczora znalazłem lekturę? Wpadła mi w ręce Памятная книжка Мнской губерни z 1910 roku i przestudiowałem ją sumiennie od deski do deski. Znalazłem w spisach różnych „dołżnostnych lic” wiele nazwisk rodzinnych, m. in. Ojca, Stryja i Dziada, później w rozkładzie kolejowym szukałem najlepszych połączeń z Dereszewicz do Mińska, lub z powrotem, i gniewałem się, jeśli wypadało czekać zbyt długo w Łunińcu, czy Homlu. Parę godzin zeszło mi na tym igraniu z marami przeszłości. Co z tego wszystkiego zostało, co zostanie jeszcze, nim rok minie? Nic, tylko ziemia, woda, trochę nazw miejscowych... i niezniszczalny Poleszuk”[4]. W trzydzieści pięć lat później mój Ojciec zapisał: „W ciemny wieczór wczesno-zimowy szliśmy sporą gromadką pieszo, od domu wzdłuż ściany parku na folwark. Wszyscy byli oczywiście objuczeni, mnie kazano prowadzić na smyczy wyżla Kszyka, który się wyrywał i szarpał, za co oczywiście obrywałem. Na folwarku załadowaliśmy się na jakieś lory wąskotorówki. Tym razem było mi naprawdę gorzko na sercu – bo też nie zobaczyłem więcej Dereszewicz”[5].

        W pierwszym tomie Pamiętnika... znajduje się wzmianka: „Później nieco, w 1918 r. zacząłem pisać dłuższą powieść pt. Bezdomni – były to oczywiście przygody ziemiańskiej rodziny, rozgromionej przez rewolucję. Występowała w niej m. in. nauczycielka francuskiego, Mlle Alice Cigarette, która w każdym rozdziale musiała zwichnąć nogę!”[6]. W zakamarkach pamięci pozostaje, że któryś z moich Stryjów, Kazimierz albo Henryk, cytowali w rozmowie wołanie nieszczęsnej nauczycielki latujta, latujta, «‘hommes»”. Nie kojarzyłem jednak wówczas tych dwu faktów.

         Dziwić może, że czytając o tym w 1978 roku[7], nie zapytałem Ojca o szczegóły. Nie zrobił tego zresztą nikt z rodzeństwa. Zapewne nie uważaliśmy Bezdomnych za rzecz godną rozmowy. Dziwniejsze jednak, że o tym epizodzie z literaturą Ojciec nam nie wspominał, a przede wszystkim nigdy nie pokazał. Ceratowy kajet szkolny odnalazłem całkiem niedawno, szperając w papierach, ściślej w notatkach Ojca. Zawartość szuflad Jego biurka pakowałem w pośpiechu podczas likwidacji mieszkania Rodziców na Wiktorskiej w końcu października 1994 roku. Nie było wtedy mowy o jakimkolwiek jej przeglądzie. W latach późniejszych porządkowanie rozpocząłem od korespondencji, natomiast notatki pozostawały nierozpakowane. W każdym razie przeleżały się u mnie ponad dziesięć lat. Wszystko to nie wyjaśnia, dlaczego Ojciec nie pokazał nam swojej młodzieńczej powieści.

         Pozostanie tajemnicą, w jaki sposób zeszyt ten ocalał. Stan rękopisu sugeruje, że powieść nie powstawała jednym ciągiem. Być może została zaczęta w Mozyrzu, gdzie Kieniewiczowie schronili się po wybuchu rewolucji. Pobyt w Mozyrzu trwał pół roku. Tekst wskazuje na znajomość realiów Kijowa, dokąd Ojciec dojechał wiosną 1918 roku ze swym nauczycielem Maurycym Małkiem, by zdawać egzaminy do drugiej klasy gimnazjum.[8] Latem tego roku Kieniewiczowie powrócili na kilka miesięcy do rozgromionych Dereszewicz, skąd do Polski ruszono 1 grudnia 1918, gdy zaczęły się wycofywać oddziały niemieckie. Do wolnej Polski Ojciec zabrał trochę wspomnień i ten kajet. Raczej nie wyobrażam sobie, by mógł mieć czas na kontynuowanie pisania w Warszawie.

         O ile ewakuacja pisaniny jest całkiem zrozumiała, to nie podobna ustalić, jakiemu trafowi można przypisać jej ocalenie z Powstania. Dom nasz na ul. Czerwonego Krzyża 25 (naprzeciwko teatru Ateneum) spłonął pierwszego dnia. Tej nocy rannego w szyję Ojca wyniesiono do szpitala. Do ruin wrócił parę tygodni później, by wydobyć zabezpieczoną w piwnicy domu wyprawkę niemowlęcą dopiero co urodzonej Teresy. Jakieś dokumenty mego Dziadka Antoniego zostały wyniesione z płonącego domu i przeniesione przez Mamę przez obóz pruszkowski w becie Teresy. Ojciec z Pruszkowa został wywieziony do Dachau, ale to już inna historia...

         Ojciec nigdy nie wspominał o tym zeszycie z młodzieńczą pisaniną. Jedyną możliwość jej ocalenia upatruję w tym, że znalazł się w Ruszczy, majątku pod Krakowem, w którym gospodarowała ciocia Rózia, żona stryja Henryka przebywającego od 1939 roku w oflagu. Sytuacja materialna w czwartym roku wojny stała się tak ciężka, że utrzymanie Wisły, jak nazywano nasze mieszkanie na Czerwonego Krzyża, było niemożliwe. W końcu 1942 roku Dziadostwo wyjechali do Ruszczy. Tam właśnie zostaliśmy z bratem Antonim wyekspediowani w maju 1944 roku. W zasadzie tylko na kilka tygodni. Zostaliśmy w Ruszczy do stycznia 1945, gdy sowiecka ofensywa wypędziła nas z dworu. Tylko szczęśliwy przypadek nie pozwolił na nasz powrót do Warszawy w ostatnich dniach lipca. Myślę, że zeszyt mógł pojechać do Ruszczy razem z nami w charakterze lektury do głośnego czytania. A wraz z nim do dziś pozostający w moim posiadaniu egzemplarz Byczka Fernando, i dawno rozsypane: Księga Dżungli i Cudowna podróż[9]. W gustach sześciolatka Bezdomni nie mogli rywalizować z Lolkiem Grenadierem, czy Robinsonem Cruzoe, czytanymi w 1943. Można wykluczyć dawanie mi ich do ręki. Ale mogło tak być. W każdym razie nie znajduję innego wytłumaczenia. Mieszkanie Dziadziusiów w Krakowie (Beliny Prażmowskiego 37 m. 8) likwidowano w 1961 roku i niewykluczone, że zeszyt trafił wtedy do Warszawy z innymi papierami i nigdy nie był wydobywany.[10] Listy i dokumenty dotyczące lat wojny, które ocalały przypadkiem wywiezione do Ruszczy, leżały w paczkach nierozpakowywane co najmniej od 1961 roku. Może więc Ojciec nie pamiętał, że ten rękopis ocalał? Może pamiętał, ale nie przywiązywał do tego nadmiernej wagi? W końcu ocalałe cudem krzyże Legii Honorowej Dominika Reytana zobaczyłem dopiero w 1994, a w kubku srebrnym Tadeusza Reytana podawano na Wiktorskiej gościom słone paluszki...

         Zwyczaj nie pytania o nic odziedziczyłem po Ojcu; w mniejszym stopniu jest to też przywara mojego rodzeństwa. Pamiętnik... mego Dziadka Antoniego czytałem wprawdzie jeszcze w Milanówku, czyli przed 1955 rokiem, ale dawne dzieje nie były tematem rozmów w domu. W każdym razie nie dochodziło do nich z inicjatywy Ojca. On sam odnotował, że gdy w latach dwudziestych Ojciec Go zapytał, czy byłby gotów wrócić do Dereszewicz i gospodarować, potulnie wyraził zgodę, ale wewnętrznie był temu zdecydowanie przeciwny[11]. Do końca życia zachował ogromny sentyment do rodzinnego domu, ale uważał tamten czas za epokę zamkniętą. Nas, dzieci, chowano jak najdalej od wszelkich wspomnień, a już szczególnie od pańskich fumów. Dojrzewaliśmy jako Kieniewicze z Mokotowa, zapewne gorsząc tą afiliacją bliższą i dalszą rodzinę...

         Bezdomni są starannie skonstruowaną opowieścią, w której zabawne przygody francuskiej nauczycielki nie są najważniejsze. Jest to relacja o utracie domu i zagładzie świata w oczach dziesięcioletniego chłopca – na tyle można ocenić wiek bohatera książki – Wacława Czarnoskiego, zwanego Waciem. W jakiejś mierze porte-parole autora, choć nie sądzę, by jego Tatko kiedykolwiek uderzył go szpicrutą! Z doświadczeń autora autentyczne są nazwy miejscowe, choć niektóre zapożyczone od sławniejszych... Wspomnienie o sąsiedzkich Wołmontowiczach wskazuje na znajomość Potopu, do której doszło zapewne poza rozluźnioną w Mozyrzu rodzicielską kontrolą lektur. Stefan Kieniewicz miał już za sobą lekturę Pana Tadeusza, Ogniem i mieczem i Winnetou, nie wspominając o niezliczonych powieściach Walerego Przyborowskiego. Nic dziwnego, że konstrukcja dialogów jest wzorowana na tym ostatnim autorze.

         Bezdomnych można by uznać za typową powieść dla młodzieży, gatunek bardzo specjalny. Byłoby jednak niesprawiedliwością zestawianie ich z wydanym w 1927 Pożegnaniem domu Zofii Żurakowskiej, autorki starszej o lat dziesięć (). Tym bardziej z wydaną w 1923 Pożogą Zofii Kossak-Szczuckiej, starszej o lat siedemnaście (). Istota oceny kryje się, jak sądzę, w celu tego pisania. Ojciec nigdy nie zamierzał zostać literatem i swe różne próby pisania wspominał prawie mimochodem, jako ciekawostkę.[12] Była to raczej chęć zmierzenia się z własną słabością, którą w sześćdziesiąt lat później określił jako niemożność sklecenia dorzecznego zdania. „Wiedziałem, że jestem w stanie nauczyć się na pamięć wszystkiego, co przeczytam, ale zdawało mi się, że nigdy, nigdy nie zdołam stworzyć nic samodzielnego.”[13] Przez całe życie dawał świadectwo czemuś wręcz przeciwnemu. Dowodził tego głównie samemu sobie.

         Po dziewięćdziesięciu latach powieść napisana przez jedenastoletniego chłopca z poleskiej głuszy wydaje mi się być czymś więcej niż ocalałą w nieprawdopodobny sposób rodzinną pamiątką. Jest ważnym świadectwem tamtych czasów, w dodatku pozbawionym na równi pretensjonalności i patosu. Uznałem za ciekawe, że Ojciec nie podjął się opisu własnych przeżyć, w których nie brakło elementów dramatycznych. Warto zwrócić uwagę na sprzeczność między wspomnieniem a realiami wyłaniającymi się z relacji powieściowej. Ojciec podkreślał, że „Rodzice przemilczali przed nami niebezpieczeństwa grożące ‘burżujom’ pod władzą bolszewicką”.[14] Akcja powieści toczy się w roku 1917, nie ma w niej bezpośredniego świadectwa rewolucji bolszewickiej, z którą piszący zetknął się podczas pobytu w Mozyrzu. Młodzi bohaterowie mają jednak doskonałą świadomość zagrożenia nie tylko dotychczasowych form egzystencji, ale i własnego życia. Są wystarczająco dociekliwi, by przeniknąć dyskrecję dorosłych.

         Książka nie ma zakończenia, powstał tylko „tom Iszy”. Od jesieni 1918 w gimnazjum kijowskim znalazł się starszy brat Hieronim. Stefana zatrzymano w systemie nauki domowej.[15] Wszystko toczyło się jak dawniej, tylko jedzenie stało się mniej wykwintne. Waga tego aspektu życia jest bardzo widoczna w fabule powieści, regularne posiłki są elementem koniecznym nawet w najbardziej krytycznych momentach. Skądinąd właściwość ta pozostała w moim domu jeszcze w drugiej połowie XX wieku...

         Stosunki domowe, a później realia kijowskie, zostały oddane realistycznie, z pewnym poczuciem humoru. Choć pozbawiony słuchu Ojciec miał „dobre ucho”, łatwo zapamiętywał zasłyszane zwroty czy sposoby wypowiedzi. Czytywał w tym czasie satyryczne pismo kijowskie „Mucha”, z którego najpewniej zaczerpnął inspirację do wypowiedzi żydowskich. Ciekawe natomiast, że bohaterowie Bezdomnych zwracając się do służby, nie posługują się formą bezosobową – powszechną nie tylko w powieściach. Dom rodzinny uchodził za specyficznie demokratyczny... Wydaje się, że konwencja fabularna okazała się bardziej nośna niż dokument, na którego sporządzenie był chyba za młody. Równocześnie w tej właśnie postaci wyraźnie zaznaczyły się tak ważne w Jego życiu: spostrzegawczość, wrażliwość na szczegół obyczajowy i szukanie syntezy. To był zasadniczy powód skłaniający do wydania drukiem tego dziełka. Nie znalazłem czegoś godniejszego dla uczczenia stuletniej rocznicy urodzin Ojca.  

*

         Kajet w linię, w okładce ceratowej czarnej, wymiarów 21,5 na 17 cm, liczy stron 96 numerowanych, o końcach barwionych na czerwono. Zapisany jest bez marginesów, równym dziecinnym pismem, dalekim jeszcze od charakteru, jaki Ojciec wyrobił sobie w wieku dojrzałym. Atrament w kilku kolorach, początkowo fioletowy i lekko wyblakły, zmienia się w połowie tekstu na czarny. Zmienia się też najwyraźniej stalówka na grubszą. Pismo stopniowo staje się mniej staranne, ale bardziej wyrobione. Poprawki i dopiski są nieliczne, podobnie błędy ortograficzne. W transkrypcji zdecydowałem się na zachowanie wszystkich właściwości ówczesnej ortografii, dając tylko konieczne i oczywiste uzupełnienia w nawiasach kwadratowych.

         Decyzja o wydaniu faksymilowym została podyktowana czymś bardzo niecodziennym, a mianowicie kolorowymi ilustracjami. Jest ich piętnaście, wykonanych w części kredkami, w części akwarelami. Obyczajem ówczesnych książek dla młodzieży noszą podpisy będące cytatami z tekstu. Jest to o tyle interesujące, że Ojciec nie ukrywał swego braku zdolności rysunkowych. Część rysunków jest chyba zbyt udana jak na całkowity brak uzdolnień plastycznych Ojca. Dlatego sądzę, że przynajmniej część została wykonana przez Kazimierza (1909), współautora, jak sumiennie zapisano „do strony 18ej”. Stryj Kazio kończył ASP, malował jednak niewiele, od przedwojnia związany był zawodowo z radiem. Młodszy o dwa lata nie miał zapewne tyle sumienności, by zamiar doprowadzić do końca. Po wojnie Kazimierz Kieniewicz pracował w Polskim Radio w Krakowie. Zajmował się też pisaniem[16], ale jego wielka powieść współczesna pozostała niedokończona w rękopisie.

         Bracia byli ze sobą bardzo blisko w dzieciństwie i w wieku dojrzałym, nie dziwi zatem wspólne rozpoczęcie przedsięwzięcia. Nie wiemy, dlaczego współpraca skończyła się „na stronie osiemnastej”. Być może daleko żywsza natura Kazia, wtedy jeszcze w pełni zdrowia, nie pozwalała mu spędzać letnich godzin „nad Prypecią, dawno temu” przy biurku zamiast w zabawie.[17] Zgodnie z zapisem pamiętnikowym przypisuję autorstwo Stefanowi.

« powrót zamówienie »

 

[1] Data 20 września 1907 roku, zapisana w dokumentach jako dzień urodzin Stefana Kieniewicza jest rezultatem pomyłki urzędnika w trakcie wyrabiania obywatelstwa polskiego, do której nie przywiązywano wagi. Zob. w: S. Kieniewicz, Pamiętnik opóźnionego dojrzewania. Część I, s. 3, (maszynopis, tekst powstały w 1978 roku).

[2]Zob. S. Kieniewicz, O sobie i o historii, „Przegląd Historyczny”, LXXXIV, 1993, 1, s. 7–12 (jest to zapis wywiadu telewizyjnego z grudnia 1991 roku). Autobiografię naukową daje S. Kieniewicz, Z rozmyślań dziejopisa czasów porozbiorowych, „Kwartalnik Historii Nauki i Techniki”, XXV-2/1980, s. 243–267.

[3] Pisała o tym Barbara Grochulska, O sztuce krytyki. Stefan Kieniewicz – recenzent, „Przegląd Historyczny”, LXXXIV, 1993, 1. Ojciec sądzi, że umiejętności skracania tekstów nauczył się w konspiracji. Zob. w: S. Kieniewicz, Czwarta część Pamiętnika (1939–1945), pisane w 1981, s. 53.

[4] Listy te dochowały się, ponieważ Dziadostwo do końca wojny przebywali w Ruszczy. Akurat w rok potem dwór dereszewicki spłonął w walkach między wojskami sowieckimi a Niemcami...

[5] Pamiętnik..., s. 35–36. Por. opis exodusu w: A. Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu... Wspomnienia zamierzchłej przeszłości, Wrocław 1989, s. 473.

[6] Pamiętnik..., s. 22.

[7] Tego roku na gwiazdkę otrzymaliśmy tom pierwszy Pamiętnika...

[8] Egzaminy odbywały się oczywiście po rosyjsku.

[9] Czwarta część Pamiętnika..., s. 62.

[10] Forma, w jakiej Ojciec wspomina to dokonanie, nie sprawia wrażenia, by trzymał rzecz w ręku. Spodziewałbym się bowiem jakiegoś komentarza o formie lub losach tej pisaniny.

[11] Pamiętnik..., s. 36–37.

[12] W rodzaju układanych w czasach studenckich trioletów czy prowadzonego w Bolcienikach żartobliwego raptularza. Historia trzech białych piesków w Polsce odrodzonej czeka na odszukanie, Pamiętnik... cz. II, s. 32.

[13] Pamiętnik... cz. I, s. 13.

[14] Ibidem, s. 31.

[15] Do III klasy w gimnazjum Zamoyskiego poszedł dopiero od września 1919 roku.

[16] K. Kieniewicz, Psy wielkiego Wau, Warszawa 1948 (ilustracje autora, książka nagrodzona w konkursie Naszej Księgarni w 1947 r.)

[17] O różnicy temperamentów pisze także Henryk Kieniewicz (1911) we Wspomnieniach (maszynopis).

 

 
 
« powrót zamówienie »