Wydawnictwo

 

 

  Dawniej:

 
Powrót na stronę główną  
Powrót na stronę główną
Powrót na stronę główn‘

   Opracowanie graficzne
   i rysunki: Z. Karaszewski
Leszek Kieniewicz

Konstancin Jazz: L jak Lucille

Jakub Winiarski


 

„Gdybym pisał tylko to, co rozumiem, byłbym ciężkim frajerem." (Leszek Kieniewicz, „Konstancin jazz: L jak Lucille")

W wierszu „W każdym bądź razie" Leszek Kieniewicz pół żartem pół serio ubolewa i wyznaje: „Nie ma meliki, /jeden Biedrzycki / wierzy w fonem. // Po drugie są tacy, / co lubią Santanę / oraz tacy, którzy / nie lubią Santany. // Po trzecie nigdy / nie otwieram helpa / i zawsze zabieram / radio z samochodu." Czy Biedrzycki „wierzy w fonem" nie wiem, ale Kieniewicz zdaje się „wierzyć w fonem" bardzo mocno, a meliki szuka ten poeta, gdzie się da i trzeba mu przyznać, że ma już na koncie sporo spektakularnych sukcesów. A ponieważ w dodatku Kieniewicz nie boi się podjąć ryzyka boskiego idiotyzmu (patrz tytuł recenzji) rezultaty, jakie osiąga, są wielce intrygujące. Proszę posłuchać choćby wiersza „Whose that dressing on your dress?": „Pam parny Anderson, / czynele Chesterton. / Sosy Atabasków pod / abażurami Kwakiutlów. / Dum dum India albo / yum yum Timbuktu". Poezja Kieniewicza to jednak nie tylko szukanie meliki, wiara w fonem i zabawa w łączenie brzmień - Kieniewicz zasługuje na uwagę także z innych, znacznie istotniejszych powodów. Ten urodzony w 1959 roku w Brukseli były artylerzysta, a od 1993 roku -jak sam o sobie pisze w notce na okładce - „sekretarz królewski" to postać, można przypuszczać, nietuzinkowa. Oto fragment biogramu, jaki sam sobie przygotował: „Pisząc y jeżdżąc imał się dyscyplin dodatkowych. Jako wybitny platonik, devicer, badacz epoki batoriańskiej oraz pomysłodawca tysiąca i pięciuset napisów na koszulki, pozostał wierny metodzie paranoiczno-krytycznej. Konstancin Jazz jest na Bruna u siebie. Lucille od siebie dodaje: to nie jest gitara." Cóż, myślę, że każdy, kto przeczyta np. wiersz „Zapisane na wstążce od podpaski Donna", zrozumie aluzję zawartą w zdaniu o tym, że Konstancin Jazz jest na Bruna u siebie. Oto wiersz Kieniewicza: „Baletniczko z niebieską / pineską w uchu, / chciałbym robić verte I w zaciśniętej kokardzie / twojego dzienniczka. // Z tym, że widząc jak / dzielisz na czworo / chusteczkę higieniczną, / momentalnie godzę się z / tym, że mogłabyś od ręki / śpiewać chórki u Cohena, / z dnia na dzień zostać / pomocą dentystyczną." (Nie zorientowanych informuję, że na ul. Bruna mieszka pewien słynny i świetny poeta od lat posądzany o to, że swym liryzmem znacząco wpływa na sporą grupę innych liryków polskich.) Również inne liczne utwory Kieniewicza świadczą o tym, że w klimatach, powiedzmy postashbery'owsko-śalamuńskich czuje się ten autor jak ryba w wodzie. Bo proszę tylko przeczytać „Nowe algorytmy": „Wstaję wcześniej niż Fali Weiss / i zapalam łokciem światło. Zmiana / smoczka następuje szybciej niż w / stajni McLarena ale i tak, widząc błysk, ruchem opisanym w podręczniku / wschodnich technik walczyka / zakrywasz głowę poduszką. / Wtedy ja ruchem bioder / bezszelestnie osadzam / szufladę i w tym momencie / samorealizuję się bez reszty / przyjmując postawę Erniego / Hemoroidy na kamiennej / posadzce gdy porywał się / z rakietą na motyle." I proszę posłuchać jeszcze wiersza „Diablotka raz": „Młot na kleryków / i rakieta szos / poprawia się / w lusterku. // Gdy na światłach / goli sobie łydki / ramiączko trzymam /jak gałązkę świerku." Ta swoboda skojarzeń, ta czysta gra błyskotliwych zestawień słownych, która mimo wszystko nie przestaje służyć opowiedzeniu pewnych historii - czy nie o to dziś chodzi w poezji, która w Polsce uchodzi za klasyczną już awangardę współczesności? I jeszcze to kolejne wyznanie Kieniewicza, niby żartobliwe, a przecież całkiem serio myślane: „Biada mi, gdybym / nie głosił Ewangelii I napisał sobie / ksiądz na obrazku. // Gdybym pisał tylko to, / co rozumiem, byłbym / ciężkim frajerem. // Jestem świątkiem / koronnym. / Dopokąd milczę." Dziwi mnie, że dopiero teraz trafiłem na wiersze tego świetnego poety, którego książka, mam wrażenie, za kilka lat stanie się cennym i poszukiwanym bibliofilskim rarytasem. Dziwi mnie, że wymieniając dziś w zestawieniach i opracowaniach krytycznych nazwiska Sosnowskiego, Pióry, Zadury, Biedrzyckiego czy Swietlickiego, nie dodaje się nazwiska - Kieniewicz. Być może „Konstancin Jazz: L jak Lucille" zmieni tę sytuację.

Leszek Kieniewicz, „Konstancin jazz: L jak Lucille", Pszczelarska Oficyna Wydawnicza - Maciej Rysiewicz, Wilczyska 2005.

« powrót                 zamówienie »